Press "Enter" to skip to content

Br. Tadeusz Ruciński FCS: Na granicy ciemności i światła

Jest taka czasem cierpienia granica, za którą się  uśmiech pogodny zaczyna…

Wejść w cierpienie, być w cierpieniu, zmierzyć się z cierpieniem, przejść przez cierpienie…

Każdy inaczej to pojmuje, przeżywa, pamięta. Nie ma chyba dwóch takich samych rodzajów cierpienia, jak nie ma takich samych ludzi i ich losów. O cierpieniu nie mówi się teraz wiele, bo w modzie jest sztuczne szczęście, ale to tym gorzej dla tych, których ono dotknęło, bo czują się nim osaczeni, napiętnowani, skazani na izolację, obojętność, na  powolne, a częstokroć samotne umieranie. Najtrudniej jednak jest przyjąć nieszczęście, kalectwo, cierpienie, a nawet umieranie w młodym wieku, kiedy jeszcze jakby się żyć nie zaczęło… Jednak o Panu Jezusie też napisano: „umierał młodo…a potem nic, tylko przez dwadzieścia wieków każdy umierający wołał Jego imię”.

Dlatego więc Jezusa, Kościoła, chrześcijaństwa, nie sposób sobie wyobrazić bez cierpienia, bez krzyża, ale i bez tej granicy, za którą kończy się ból, rozpacz, ciemność, opuszczenie. Do niej to właśnie prowadzi każdego wierzącego człowieka, i przez nią jakby przeprowadza Wielki Post. Nie wolno więc odebrać tych wielkopostnych tajemnic ludziom cierpiącym, ale nie wolno także ich odebrać nam samym, tej cywilizacji, kulturze, tak jak nie wolno odebrać ludziom nadziei, gdy coraz bliżej podchodzi głucha ciemność rozpaczy. Dlatego może dopowie to obraz – przypowieść…

KLARA

Klara jest słoneczna…nie tylko dlatego, że jej imię znaczy „jasna”. Bywają bowiem ludzie z jakimś wewnętrznym światłem, promieniowaniem. Klara wcześnie odkryła Van Gogha, bo już mając lat 7 i oglądając album z jego obrazami, powiedziała, że on „maczał pędzel w plamach słonecznych” i że „to słońce mu strasznie rozpaliło duszę…” To musiało go bardzo boleć – myślała – usiłując popatrzeć czasem prosto w słońce…

Klara maluje już sama obrazki, obrazy…W większości słoneczniki, bo mówi, że te kwiaty nauczyły ją modlić się swoim zapatrzeniem w słońce… Klara chce, by te jej obrazy i obrazki rozjaśniały pochylone czy zbliżone do nich ludzkie twarze. Już miała jedną wystawę z wielkim powodzeniem, po której z radości  trochę za często i chyba za długo patrzyła w słońce…

Klarze teraz gasną powoli oczy… Lekarze wiedzą i nie wiedzą dlaczego. W szpitalu jest jasno, ale  ona prosi o zapalenie światła, bo tak nie lubi, bo tak boi się ciemności. Jej chłopak Kaj przynosi jej z kwiaciarni pęk  słoneczników. A ona je dotyka i „widzi” szorstkość ich liści i gładkość płatków koniuszkami palców. Przytula je do serca, do twarzy, jak ostatnia pamiątkę po słońcu i świetle, za którym przeraźliwie tęskni. – „To chyba nie z powodu patrzenia w słońce, ta utrata wzroku  – mówi lekarz – ale uboczny efekt chemioterapii, która i tak nie daje nadziei…”

Klara bardzo cierpi i coraz częściej, i coraz bardziej boi się śmierci… W napadach lęku zrywa kroplówki, gdy budzi  się po nocach. Chce gdzieś uciekać na ślepo… „Gdzie jesteś, Boożeee!!! – krzyczy którejś nocy na cały oddział – Czemu mnie opuszczasz?!!”. A potem chwyta się fioletowej stuły szpitalnego kapelana, jak koła  ratunkowego. Spowiada się ze szlochem, a potem usypia spokojnie pierwszy raz tego tygodnia… Nawet nie wie, że Kaj siedzi przy niej, patrzy w jej twarz i wyciera łzy.

Rano Klara chce coś malować i prosi o farbki. Kaj przynosi je, rozkłada i wręcza niewielki karton. Patrzy zdumiony, jak ona po omacku zanurza pędzelek w żółtym słoiczku i  z jasną twarzą uniesioną gdzieś ku  górze, maluje na skrawku papieru coś podobne do rąk niosących… Co? Nagle słychać jej śmiech tak pogodny, że nie pasujący do szpitala tego oddziału, i bez sił opada na poduszki…

Kaj pędzi po pielęgniarkę, ta przybiega, by już powiedzieć krótko: „Klara już odeszła”. Z wazonu na szafce jeden ze słoneczników, ze złamaną łodyżką,  pochyla się nad jej jasną , szczęśliwą, lecz  nieruchomą już twarzą…Chłopak płacze, a rozlana na kartonie farbka – na ostatnim jej obrazie  – ukrywa  na zawsze tajemnicę tamtych jasnych rąk w ciemności…

Klara…Jasna…

*

Niedobrze, że coraz więcej ludzi żyje, cierpi, umiera, jakby istniała tylko ta strona życia… Jakby ta druga była albo mroczna i niewiadoma, albo pusta i przepastna…

Jakby po tamtej stronie nie było tych rąk jasnych i czułych… Rąk Tego, który też kiedyś wołał: „Boże, czemuś mnie opuścił”, a jednak oddawał ducha swego w RĘCE Ojca. I teraz też w swoje ręce bierze tych, co przeszli cierpienia granicę…

Brat Tadeusz Ruciński FCS

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »