Press "Enter" to skip to content

Blaski i cienie bycia mniejszością kreatywną

W jednym z francuskich miesięczników katolickich natrafiłem na reklamę konferencji wideo o modlitwie. Była opatrzona satyrycznym rysunkiem, przedstawiającym jadącego metrem mężczyznę. Z teczką na kolanach, w typowym miejskim ubraniu, pod modnym krawatem zdaje się nie odróżniać w niczym od pozostałych pasażerów, zwłaszcza tych uchwyconych w locie do pracy lub z pracy. Jednak rysunek ustawia go w centrum, wydobywa z tłumu mocniejszymi kolorami. Sympatyczny monsieur złożył dłonie opierając się łokciami na neseserze, przymknął oczy… – ale nikt z siedzących lub stojących obok nie może wiedzieć na pewno: namyśla się czy się modli? przysypia czy może jest skupiony na czymś we wnętrzu? Dopiero dymek umieszczony nad jego głową zdradza nam – i tylko nam, nie jego sąsiadom – cichą modlitwę tej jednostki: „Dziękuję, Panie, że nie jestem sam”. Jakiś dysonans? Przecież strasznie trudno nam znaleźć w sepiowym tle, w tej „szarej masie” złożonej z niby-wielokolorowej populacji wielkomiejskiej, kogoś kto w tym wagoniku metra mógłby być powodem owego dziękczynienia, źródłem pocieszającego poczucia „bycia razem”. Może więc ktoś poza rysunkiem (mężczyzna ma obrączkę na palcu…)? A może ktoś spoza świata? Może monsieur zanurzony w swej samotnej i „nie-manifestacyjnej” modlitwie dziękuje właśnie Bogu, że nie jest w tym tłumie sam – dzięki Niemu?

Kim jest ten człowiek? Prorokiem Jonaszem, który na statku pełnym pogan uciekał przed misją, którą uznał za zbyt trudną lub niepotrzebną – i właśnie odkrywa, że ta ucieczka nie ma sensu? A może – świętym Antonim, który wyszedł odważnie na swoją pustynię, i zastaliśmy go w chwili gdy ignoruje kuszenie? A może – chrześcijańskim filozofem Jacquesem Maritainem, który powtarza sobie, że jest „tajnym agentem Króla Królów działającym na terytorium pod panowaniem Księcia ciemności”?

Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że jest – na tym rysunku – mniejszością. Że czuje się w swym miejscu mniejszością. Jako chrześcijanin.

Jest się mniejszością z reguły wobec jakiejś większości. W związku z tym chrześcijanie – powiedzmy też precyzyjniej: katolicy – bywają mniejszością w dość różny sposób.

Można być mniejszością na polu jakiejś religijnej większości. To bardzo tradycyjna sytuacja. Od najdawniejszych czasów chrześcijanie znali sytuację bycia mniejszością w świecie zdominowanym przez inną religię (czy wyznanie) lub przez kilka innych religii. Dzisiaj jest tak przede wszystkim w krajach misyjnych (w sensie misji ad gentes), ale nie wyłącznie. Są mniejszością chrześcijanie w Chinach i katolicy w Stanach Zjednoczonych – w jakże różnej sytuacji, z jakże różnym prestiżem i potencjałem!

Można być mniejszością także w świecie, w którym kiedyś było się widoczną większością – a wskutek różnych wydarzeń utraciło się prymat na rzecz innej religijnej rzeczywistości. Katolicy doświadczali tej sytuacji po raz pierwszy bodaj z okazji reformacji. Sytuacja wytworzona wówczas przez rozłamy, apostazje i wojny religijne trwa w naszych czasach: w Anglii czy Szwecji katolicy są mniejszością właśnie jako wyznawcy Kościoła, który kiedyś stworzył te narody, zbudował ich kulturę, nauczył wiary i modlitwy.

Jednak radykalnym zaostrzeniem tego drugiego przypadku jest sytuacja trzecia: gdy się jest mniejszością w świecie postchrześcijaństwa. Czy nie jest to dzisiaj coraz częściej sytuacja wielu chrześcijan w krajach Europy, zwłaszcza zachodniej?

Postchrześcijaństwo to rzeczywistość wciąż słabo rozpoznana przez chrześcijan. Pisze się o „pełzającej apostazji” albo po prostu o zeświecczeniu społeczeństw tradycyjnie chrześcijańskich, czasami też o „nawrocie pogaństwa” – ale są to wszystko ogólniki lub wyrażenia dezorientujące swoimi historycznymi odniesieniami. Postchrześcijaństwo ma w sobie rzeczywiście coś z apostazji: jest odmową dalszego uznawania integralnych postaci chrześcijaństwa. Jednak zamiast konsekwentnie unicestwiać to religijne dziedzictwo, utylizuje je, zwykle rozłączając jego cząstki, pozbawiając „ości” i włączając, nieraz pod dawnymi nazwami, w swe nowe kompozycje, „chrześcijańskopodobne”. Owszem, jest w tym proces sekularyzacji – lecz nie chodzi tylko o utratę religijnych sensów w codziennych zachowaniach, lecz przede wszystkim o zgodę na to, iż także w sensach religijnych prymat ma świecki pożytek przed nadprzyrodzonością. Jest i coś z pogaństwa: w miejsce Boga podejrzewanego o nieistnienie stają kolejno różne idolatrie, indywidualne lub wspólnotowe.

W środowisku postchrześcijańskim stosunek do chrześcijaństwa może być naznaczony niechęcią, wypominaniem Kościołowi jakichś „czarnych kart” etc. – jednak jest tam i pewien rodzaj akceptacji, bardzo dwuznacznej: entuzjazm dla wybranych i okrojonych składników chrześcijaństwa, czasami tak silny, że rozrywający chrześcijaństwo na kawałki. W wyniku tej procedury powstała cała świecka „teologia” postchrześcijaństwa: doktryna godności, wolności, praw człowieka, tolerancji, autorytetu.

Mówiąc najkrócej: postchrześcijaństwo to „chrześcijaństwo” pozbawione swej nadprzyrodzonej spójności i rozumu teologicznego, choć zbudowane materialnie wciąż z wielu symboli, pojęć i dylematów, wyjętych z rzeczywistego chrześcijaństwa.

W praktyce granice między postchrześcijaństwem i chrześcijaństwem nie są już w naszym świecie ostre – rozmywają się do tego stopnia, że bardzo wielu chrześcijan o wciąż realnym życiu religijnym w praktyce pozasakramentalnej jest przekonanymi ambasadorami postchrześcijaństwa. Pretensja postchrześcijaństwa do bycia nowym gospodarzem w świecie „niegdyś chrześcijańskim” wyraża się w tym, że chrześcijanie są przez tego gospodarza, o rysach jakże myląco bliskich, zapraszani do zajęcia miejsca specjalnie dla nich przewidzianego. Kto wie, może nawet w tym nowym świecie mogliby uzyskać patent na bycie „kreatywną mniejszością”?

Ale kreatywną w jaki sposób? Postchrześcijaństwo, na mocy swej natury, ma dla chrześcijaństwa jedną propozycję, czasami cenną jak grant: wykonajcie twórczą pracę nad waszym chrześcijaństwem. Jednak w tym postchrześcijańskim zaproszeniu premiowana „kreatywność” przypomina bardziej pokusy „kreatywnej księgowości”, tym razem na terenie teologii i nauki moralnej, niż prawdziwą kreatywność ortodoksji. „Kreatywne” jest tutaj takie przetwarzanie pojęć o Bogu, aby utraciły swój zobowiązujący logos; takie sformułowanie aktu wiary, aby miał jak najmniej postaci kościelnej i konsekwencji społecznych; takie umodelowania nauki moralnej, aby pozwalała na zachowania i oceny sprzeczne, w zależności od sytuacji jednostki i jej usytuowania wobec wspólnoty. W ramach tego samego postchrześcijańskiego „grantu” chrześcijanie otrzymują równocześnie frajdę takiej „kreatywności” i stateczny spokój bycia sobie dalej „nowoczesnymi katolikami”.

Chodzi tu o proces tworzenia „chrześcijaństwa zaadaptowanego, które zostaje z radością podchwycone przez społeczeństwo jako przyjazny człowiekowi sposób bycia chrześcijaninem i przeciwstawione rzekomemu fundamentalizmowi ludzi, którzy nie potrafią mieć tak opływowych kształtów”. Mówiąc przed laty o tym zagrożeniu – które powiązaliśmy tutaj z dynamiką postchrześcijaństwa – kardynał Ratzinger konkludował: „Ewentualna dyktatura antychrześcijańska byłaby przypuszczalnie znacznie subtelniejsza niż wszystko, co dotychczas znaliśmy. Byłaby na pozór przyjazna religii, pod warunkiem jednak, że religia nie tykałaby jej wzorców zachowania i myślenia”[1].

Zatem w naszym wyliczeniu sytuacji, w których chrześcijanie bywają mniejszością, możemy – i nawet powinniśmy – zrobić jeszcze krok dalej: w świecie, w którym większość chrześcijan zaczyna ulegać pokusie takiej czy innej gry z postchrześcijaństwem, coraz wyraźniej zaczyna się rysować mniejszościowa odrębność tych, którzy owej gry odmawiają. Losem tej grupy staje się sytuacja „samego wśród swoich”.

Jest jasne, że racją bytu wspomnianego „chrześcijaństwa zaadaptowanego” jest między innymi odbieranie chrześcijańskiej czy wprost katolickiej motywacji tym, którzy nie chcą się „adaptować”. Walcząc o swoją „grantową” pozycję wobec postchrześcijaństwa, „chrześcijaństwo zaadaptowane” będzie stawało natychmiast do teologicznych turniejów z „fundamentalistami”, wykazując co chwilę, że co prawda świeckość postchrześcijaństwa jest być może nie dość nasączona wartościami, ale piekło integryzmu religijnego jest rzeczą stokroć gorszą.

Nie mówimy tu o mechanizmach zapisanych w jakimś jednym odgórnym planie czy diabolicznym spisku. Taka jest po prostu „grawitacja” różnych sił obecnych już dzisiaj w świecie urealnianych idei: ci, którzy odeszli od chrześcijaństwa, które ich wychowało, będą przetwarzali jego pozostałości na miarę swej apostazji; zaś ci, którzy zachowali wiarę, ale jej zdefiniowanie i wyznawanie uzależnili od „dialogu ze światem”, będą skazani na przekonywanie samych siebie, że wiara Kościoła zmienia się wraz z nimi.

Uparta stygmatyzacja „fundamentalistów” jest natomiast jedynie ciągiem dalszym procesu adaptacyjnego: skoro bowiem istnieją tacy, którzy nie dają się adaptować w sensie pozytywnym, należy pozwolić im się zaadaptować negatywnie, jako „fundamentaliści”, dający swoim istnieniem jakieś uzasadnienie dla akcji „strzeż się fundamentalizmu!” Ostatecznie nikt tu nikogo nie będzie mordował: także „fundamentaliści” są potrzebni światu, o ile ów świat będzie miał z nich trochę śmiechu i trochę strachu. O ile jednak śmiechu i strachu nie będzie tyle, ile trzeba do przekonania, że „integryści” to obciach i zagrożenie w jednym – na nic oni nie potrzebni. Adaptacyjny charakter ludzkiej natury sprawia, że również niektórzy „fundamentaliści” rozpoznają w porę korzyści z bycia chrześcijańskim Apaczem w cyrku z jakimś postchrześcijańskim poskramiaczem czerwonoskórych.

Jeśli więc rozważamy obecnie ewentualne zalety bycia „kreatywną mniejszością”, trzeba najpierw zdać sobie sprawę, że istnieją już w chrześcijaństwie środowiska, które mają swoją wizję takiego statusu – i że niekoniecznie jest to wizja godna naszego aplauzu i akcesu.

Jako kreatywna mniejszość przedstawią się chętnie rzecznicy „chrześcijaństwa zaadaptowanego” – oferując światu jako wkupne swój swoiście „kreatywny” stosunek do chrześcijaństwa („kreatywny” oczywiście zawsze w zestawieniu z ciasnym i obskuranckim charakterem ortodoksji kościelnej). Z drugiej strony także śmieszno straszni „fundamentaliści” są zwykle jakoś – często: na smutno – pogodzeni ze swym mniejszościowym statusem: bycie mniejszością jest dla nich i ceną, i odznaką znalezienia się po właściwej stronie, w „małej trzódce”, unikającej dróg Babilonu. Jednak przez kreatywność pojmowaliby zapewne sprytne bycie równocześnie dyrektorem korporacji i amiszem.

Trzeba by przy tej okazji zapytać wprost: czy pewna zauważalna popularność samego bon motu o chrześcijanach jako „kreatywnej mniejszości” jest faktycznie wyrazem dreszczu energii, nadanej przez Papieża – czy może raczej wykorzystaniem tego wyrażenia, aby dać wreszcie dojść do głosu znużeniu lub acedii. Ma się czasami wrażenie, jakby największą zaletą tego projektu było połączenie tych dwóch pojęć: kreatywności i mniejszości. Z jednej więc strony wielkie „uff”, związane ze zrzeknięciem się odpowiedzialności za „większość” lub za „całość” (już rzekomo straconą) – zaś z drugiej strony, ukryte przekonanie, że ta uwolniona mniejszość stanie się automatycznie kreatywna, co najmniej jak pierwsze gminy, znane nam z mało dociekliwych rekonstrukcji. Oba te czynniki ujawniają coś z obcej katolicyzmowi mentalności sekciarskiej, a drugi dodatkowo ciężko grzeszy – już sam nie wiem – naiwnością lub pychą. Przecież tak naprawdę sprawienie, by mniejszość była kreatywna, jest o wiele trudniejsze niż wykrzesanie kreatywności w dużych wspólnotach.

Zatem próba bycia, ewentualnie, „mniejszością kreatywną” to dla chrześcijan, dla katolików, dla Kościoła w różnych miejscach nie tyle wygodniejsza droga lub droga gwarantowanego sukcesu, albo droga pogodzenia się z klęską, droga rzekomo z natury bardziej ewangeliczna – ale dramatyczne wyzwanie, właściwe naszemu odcinkowi dziejów. To sytuacja, jakby przy kurczących się zasobach należało wykonać pracę przekraczającą wyniki uzyskiwane przy zasobach jeszcze zupełnie przyzwoitych. Tak właśnie wygląda rzeczywistość bycia „kreatywną mniejszością”, jeśli celem jest dawanie ludziom Boga.

Paradoks polega na tym, że bycie mniejszością w istocie uwiera głównie tym, których pozycja mniejszościowa staje się obecnie wyraźniejsza: katolickim ortodoksom. Ani śmieszni jak amisze, ani straszni jak „Armia Boga”, ani usłużnie „kreatywni” jak katoliccy moderniści – nasi ortodoksi nie są nikomu potrzebni w świecie postchrześcijaństwa; nie ma dla nich żadnej roli napisanej w logice postchrześcijaństwa. I na tym polega ich szansa. Ich szansa efektywnej służby dla całości chrześcijaństwa – jako autentyczna katolicka „mniejszość kreatywna”.

Ortodoksja – a nie fundamentalizm i oczywiście nie „chrześcijaństwo zaadaptowane” – to właściwa i jedyna platforma chrześcijaństwa, także w stanie „kreatywnej mniejszości”. Po pierwsze – dlatego, że zachowanie tożsamości to podstawowy problem każdej mniejszości czy diaspory – zaś tę tożsamość należy mierzyć możliwie obiektywnymi kryteriami, a nie „duchem czasu” lub bojowym nastrojem „kontrreformacji”. Po drugie – dlatego, że mniejszościowy status to, w świetle ortodoksji, co najwyżej dopust Boży, który należy przyjąć z pokorą, ale nie stan do zaakceptowania jako „widocznie chciany przez Boga”. Polecenie pójścia na cały świat, nauczania wszystkich narodów, nawracania, chrzczenia, uczenia wszystkiego, czego Kościół nauczył się od swego Pana – to imperatyw, który w sercu ortodoksji jest zawsze silniejszy od pesymistycznej oceny natury ludzkiej lub niecierpliwego wyczekiwania sądu nad światem.

Odnajdujemy tu również właściwą chrześcijaństwu formułę kreatywności. Przechowywana w ortodoksji prawda o Bogu jako Logosie to podstawa w rozumieniu misji jako rzeczywistego dia-logu (a nie duchowego podboju) – tak jak pogłębiona ortodoksyjna teza o niezbędności łaski to jedyny właściwy ekran dla dyskursu o szczęściu prawdziwie ludzkim.

Wszędzie tam, gdzie okoliczności rzeczywiście sprawiają, iż Kościół naprawdę musi lub powinien działać jako „kreatywna mniejszość” – podobnie jak tam, gdzie jakieś środowiska mogą odegrać rolę takiej pozytywnej mniejszości wewnątrz społeczności chrześcijańskiej – wyzwaniem jest nie tyle osiąganie mistrzostwa w jakiejś specjalizacji duchowej czy społecznej, lecz tworzenie zawsze „całostek chrześcijaństwa”: sposobów życia, w których bazowe składniki życia chrześcijańskiego – liturgia, martyria-ewangelizacja i diakonia – integrują się we właściwych zależnościach, a nie zlepiają w przypadkowych konfiguracjach. Dokładnie to samo należy powiedzieć w odniesieniu do proporcji kontemplacji i działania: chociaż „kreatywność” zwykliśmy odruchowo kojarzyć z praktyczną zapobiegliwością, w naszym przypadku musi ona znaczyć przede wszystkim swoistą przemyślność „panien mądrych”, które także w okolicznościach mocno niesprzyjających potrafią znaleźć czas, aby – „tracić go dla Boga”. Prymat kontemplacji – proporcjonalnie aktualny zarówno w tych chrześcijańskich powołaniach bardziej czynnych lub bardziej kontemplacyjnych – to jedna z głównych zasad.

Dla ewentualnych „mniejszości kreatywnych” katolicyzmu niezbędną misją jest przebudzenie świadomości potrzeby polityki proporcjonalnej do wiary. Wewnątrz wspomnianych już „całostek” nie może zabraknąć miejsca dla odbudowy teologii politycznej – lub może nawet przede wszystkim „polityki teologicznej” (jak to, w sporze z Carlem Schmittem, podkreślił Erik Peterson).

Krótko mówiąc – w każdym przypadku autentyczność chrześcijańska naszych zabiegów jest mierzona tym czy nasza kreatywność zmierza do pełnego rozwinięcia się danej nam wiary, w przestrzeni od pokornie celebrowanego Misterium Bożego do ochrony słabych i zagrożonych w instytucjach życia publicznego. Niezależnie od rozmaitości powołań, nikomu z nas i nigdzie nie wolno porzucić zupełnie któregoś z promieni tego rozwoju wiary.

Paweł Milcarek
/christianitas.org/

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »