Press "Enter" to skip to content

o. Adam Szustak podąża w niebezpiecznym kierunku. Jest czas na przewartościowanie tego, co „nowe media” zrobiły dla Kościoła w Polsce

Ostre reakcje wywołała rozmowa, którą popularny dominikanin o. Adam Szustak odbył na kanale YouTube z prezenterem Karolem Paciorkiem.

Najwięcej reakcji zwrócił uwagę fragment, w którym kapłan używając wulgaryzmów komentował przesłanie Konferencji Episkopatu Polski, dotyczące duszpasterskich priorytetów Kościoła po pandemii. Dokładnie chodzi o wypowiedź biskupa Gądeckiego, który zauważył, że najważniejszy będzie teraz powrót wiernych do Kościoła.

Co go zaniepokoiło

Szustak przeklinając w ogóle nie wyjaśnił co tak naprawdę zaniepokoiło go w stwierdzeniu biskupów. Wyglądało to trochę tak, jakby nie potrzebował nawet powodu do krytyki swoich pasterzy (i to w tak wulgarny sposób) i jak zwykle chętnie wykorzystał odwiedziny u świeckiego dziennikarza, który nie mógł się doczekać, by usłyszeć od znanego kaznodziei to, co dziś wśród wielu widzów wzbudza tak wielkie emocje.

Poza przekleństwami w rozmowie pojawia się jeszcze kilka innych szczegółów, które są zwyczajnie niezgodne z posłaniem zakonnika. Jeden z nich, moim zdaniem, najlepiej oddaje powody, dla których można powiedzieć, że o. Adam Szustak podąża w bardzo niebezpiecznym kierunku.

W pewnym momencie dominikanin powiedział mianowicie, że jego zdaniem w Kościele katolickim w Polsce jest tylko 5 procent ludzi, którzy „wierzą we właściwy sposób”. Pozostałych 95 procent to katolicy, którzy, jak wyjaśnił, nie są „prawdziwymi wierzącymi” (chociaż wierzą), ale tymi, którzy pozostają w Kościele z powodu „tradycji, patriotyzmu, idei”. Dodał, że jego zadaniem jest zrobić wszystko, żeby było jeszcze więcej ludzi, którzy „naprawdę wierzą”.

Mesjański kompleks

I to jest ten moment, w którym coś, co na pierwszy rzut oka może się wydawać zaproszeniem do spotkania z żywym Bogiem, zaczyna przypominać w swoim kształcie mesjański kompleks, przez który przechodzi Szustak.

Kaznodzieja oczywiście czuje, że ma „misję” szerzenia „prawdziwej wiary” w Kościele w Polsce. I to takiej jak ją on sam rozumie. Kiedy dodamy do tego, że jak sam przyznaje, „nie czuje biskupów i przywódców kościoła jako jakiegokolwiek rodzaju autorytetu”, uzyskujemy obraz zakonnika, który po prostu robi i mówi, co chce, bez wyraźnego nadzoru. Choć trzeba przyznać, że istnieje duże grono jego słuchaczy, które dzięki niemu odnalazło drogę do Kościoła (a przecież to jest troską biskupów, dlatego dziwi tak gwałtowna reakcja o. Adama).

Historia Szustaka wydaje się być wyraźnym dowodem na to, że „nowe media”, o których tyle mówi się jako o skutecznej metodzie ewangelizacji, mają swoją drugą stronę. Te media niosą ze sobą wielką siłę społeczną, a nawet polityczną, co oznacza, że zaproszenie do wielkiej „nowej ewangelizacji” często sprowadza się do egoizmu czy fałszywych „misji”, jaka ta, do której czuje się wezwany o. Szustak.

Nowe media

Może rzeczywiście nadszedł czas na przewartościowanie tego, co „nowe media” zrobiły dla Kościoła katolickiego w Polsce?

Jak bardzo mu pomogły i jak bardzo przeszkodziły w głoszeniu autentycznej wiary katolickiej? Czy można jeszcze nazwać „ewangelizacją” nauczanie, w którym przeciętny katolik po obejrzeniu wideo o. Adama, zdecyduje się bez skrupułów pójść na protesty proaborcyjne, takie jak Strajk Kobiet, nie widząc w tym żadnych sprzeczności z swoją wiarą?

Przecież, czyż nie sam ojciec Adam teraz powiedział, że w Strajku Kobiet widzi „Boży gniew” przeciwko błędom Kościoła?

I w tym sensie to, co dzieje się z o. Adamem Szustakiem, jest wyraźnym dowodem na to, że biskupi polscy mieli rację, gdy niedawno doszli do wniosku, że konieczna jest ponowna koordynacja działań duchownych w mediach.

Nadszedł czas, aby Kościół wziął pod uwagę to, co jest głoszone w Internecie w jego imieniu.

Goran Andrijanić

/wpolityce.pl/

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »