Press "Enter" to skip to content

„Ulepszacze” mszy świętej 

Eucharystia jest źródłem i zarazem szczytem życia chrześcijańskiego. Trudno do tego, co samo w sobie jest najlepszym i pełnym wyrazem naszej wiary, dodać coś, co ją ulepszy. Mimo to pojawiają się pomysły na zwiększenie atrakcyjności liturgii lub wzmocnienie jej dodatkowymi modlitwami.

Mówi się, że lepsze jest wrogiem dobrego. Tak samo można pomyśleć o dodatkowych modlitwach, które odmawiane są na zakończenie mszy św. Eucharystia nie potrzebuje przecież wzmacniaczy ani ulepszaczy. Obecności Chrystusa pod postacią Chleba i Wina nie da się bardziej urealnić dodatkowymi formułkami. Tymczasem wiele parafii decyduje się na wprowadzanie elementów, które mają prowadzić wiernych do większej pobożności, ale zdaje się, że jest to zabieg nieskuteczny. Zazwyczaj dochodzi do niezręczności. Część ludzi wychodzi w pośpiechu, część zostaje. Jeszcze inni bezradnie rozglądają się w niepewności, czy msza już się skończyła, czy może jeszcze nie. Nie jest to jednak wymysł kilku nadgorliwych proboszczów. Ta praktyka ma swoje korzenie.

Leon XIII i dodatkowe modlitwy po mszy 

Modlitwa za wstawiennictwem św. Michała Archanioła zaraz po mszy (a czasem nawet jeszcze przed błogosławieństwem, co jest nadużyciem liturgicznym) to nie praktyka, która powstała w ostatnich latach, choć tak mogłoby się wydawać. Jest to zwyczaj, który powrócił po tym, jak został zniesiony podczas reformy liturgii Pawła VI. Swoje początki ma natomiast w końcówce XIX w. Papież Leon XIII (1878-1903) polecił 6 stycznia 1884 r. dodanie modlitw błagalnych na zakończenie każdej mszy św. cichej (bez śpiewów liturgicznych): trzy razy Zdrowaś Maryjo, jedno Salve Regina i modlitwy szczególnej, która dwa lata później stała się modlitwą „o nawrócenie grzeszników oraz o wolność i wywyższenie Świętej Matki Kościoła”. Doszła też modlitwa za wstawiennictwem św. Michała Archanioła. Te dodatki nie stanowiły jednak części mszy. Były odmawiane po jej zakończeniu. Instrukcja Inter oecumenici z 1964 r. całkowicie je zniosła.

Obecnie modlitwa ta w wielu parafiach powróciła, choć nie jako stały czy obowiązkowy element. Do wzywania wstawiennictwa św. Michała Archanioła namawiał Jan Paweł II:

„Chociaż w obecnej sytuacji nie odmawia się już tej modlitwy pod koniec celebracji eucharystycznej, zapraszam was wszystkich, abyście jej nie zapomnieli, byście ją odmawiali, aby otrzymać pomoc w walce przeciw siłom ciemności i przeciw duchowi tego świata” – mówił papież w 1994 r. 

Skąd wzięła się modlitwa do św. Michała Archanioła? 

Modlitwa za wstawiennictwem św. Michała Archanioła powstała w latach osiemdziesiątych XIX w. Napisał ją papież Leon XIII po wizji złych duchów, jaką miał w Rzymie po odprawieniu mszy św. Papież przeraził się tym widzeniem i napisał specjalną modlitwę, której treść polecił rozesłać do wszystkich ordynariuszy świata, aby księża odmawiali ją wraz z wiernymi, klęcząc po każdej mszy św. cichej. W instrukcji inwokację do św. Michała Archanioła poprzedzały modlitwy do Matki Bożej.

Niektóre parafie oprócz wspomnianych modlitw, albo raczej zamiast nich, zwyczajowo odmawiają dziesiątkę różańca lub modlitwę za wstawiennictwem patrona danej parafii. Form dodatkowej modlitwy może być wiele. Każda natomiast jest jakimś odwróceniem uwagi od tego, co właśnie się wydarzyło. Uczestniczyliśmy w kontynuacji ofiary, jaką złożył z samego siebie Jezus Chrystus. Rzeczywistość, która jest źródłem i szczytem nie wymaga dodatków. Nie wypada pięknego, przystrojonego, luksusowego tortu posypywać cukrem pudrem. Nie dlatego, że zaszkodzi, ale dlatego, że niczego nie doda.

„Atrakcyjna” liturgia

Zdarzają się też inne, bardziej kontrowersyjne pomysły na „uatrakcyjnienie” liturgii. Nie tak dawno temu internet obiegł filmik, na którym widać jak ksiądz z grupą ministrantów i ministrantek po zakończeniu mszy św. tańczą w rytm skocznej muzyki.

„Dlatego konieczne jest, by kapłani mieli świadomość, że cała ich posługa nigdy nie powinna wysuwać na pierwszy plan ich samych lub ich opinii, ale Chrystusa. Każda próba stawiania siebie w centrum celebracji liturgicznej sprzeciwia się tożsamości kapłańskiej. Kapłan przede wszystkim jest sługą i winien ciągle starać się być znakiem, który jako posłuszne narzędzie w rękach Chrystusa odsyła do Niego. Wyraża się to szczególnie w pokorze, z jaką kapłan przewodzi liturgii, w posłuszeństwie wobec obrzędu, służąc mu sercem i umysłem, unikając wszystkiego, co może sprawiać wrażenie niestosownego stawiania siebie na pierwszym miejscu” – pisał Benedykt XVI w adhortacji Sacramentum Caritatis.

Oczywiście ocena tej sytuacji zależy od wrażliwości liturgicznej, ale zauważalna jest tendencja, żeby przyciągać do kościoła przez jakiś performance, a nie Panem Bogiem i tym, co On nam proponuje. To krótkowzroczne myślenie. Bo chociaż w oczach niektórych wiernych takie atrakcje mogą wydawać się zabawne i mogą budzić ciekawość, to jednak ostatecznie narażają liturgię na śmieszność i powszedniość. Wierni przychodzą do kościoła, aby wejść w sferę sacrum, a nie zobaczyć grupę, która pewnie z powodzeniem przeszłaby do kolejnego etapu jednego z talent show. To mają w telewizji, w radiu, w internecie i na plakatach. A Kościół ma do zaproponowania coś lepszego.

Eucharystii nie ulepszy modlitwa za wstawiennictwem świętych, ani też dynamiczne podrygiwanie przed ołtarzem. To chyba dwie skrajności, których wspólną cechą jest to, że odwracają uwagę od tego, co dla katolika jest najważniejsze. Kontynuacja Ofiary Chrystusa wystarczy. Nie trzeba jej takich dodatków.

Michał Jóźwiak

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »