Press "Enter" to skip to content

Nie pozwolimy Kościołowi utonąć

Jeśli Kościół jest Titanikiem, to apostaci są tymi pasażerami, którzy bez opamiętania skaczą do głębokiej, lodowatej wody.  Mam nadzieję, że zanim nabiorą jej w płuca, zdążą chwycić rękę, którą podaje im wspólnota. Oby tylko chcieli zrozumieć, że naprawdę nie uratują się poza pokładem.

Lubię mocne, kontrowersyjne obrazy. Niejeden postawił mnie przed koniecznością refleksji albo wpływał na mój punkt widzenia. Rzeczywistość ostatnich miesięcy zaserwowała mi zgoła inny wizerunek Kościoła niż ten, który nosiłem w sobie do tej pory: obraz okrętu, któremu zagraża katastrofa. Pobudza mnie to do myślenia i każe zadać pytanie: jak uratować nasz wspólny dom?

Wołanie o miłość

Oglądam kolejne instagramowe relacje znajomych i nieznajomych, czytam facebookowe posty z hasztagiem #teżOdchodzę. Smutno mi, bo ich liczba przytłacza. Moje media społecznościowe zalewają opisy doznanej w Kościele niesprawiedliwości i krzywdy, których autorzy wieszczą rychły koniec „instytucji” i hierarchii. Bolą mnie te antyświadectwa, bo mam poczucie, że to głos zawiedzionych. Nie jestem tylko pewien, czy Kościół zrobił dla nich za mało, czy to oni zrobili za mało w Kościele. Częściej wydaje mi się, że to drugie. Dobrze napisał Dominik Dubiel, jezuita, że głos tych, którzy deklarują odejście to tak naprawdę wołanie o miłość. Dodałbym, że także krzyk rozpaczy z powodu niezrozumienia. Nie mogę jednocześnie oprzeć się wrażeniu, że refleksja osób, dla których rzeczony hasztag stał się naczelnym hasłem ostatnich dni (tudzież noworocznym postanowieniem), jest w zasadzie dość płytką grą emocji. Owszem, można patrzeć na to w kategorii jakiegoś aktu desperacji, bezsilności. Wyrazu buntu czy protestu. Tym, którzy dali porwać się przez tę „falę odejść” trudno jednak zarzucić coś innego niż pewną reakcyjność, nie zawsze zresztą podpartą solidnymi argumentami. Nie chcę uogólniać, tak po prostu wynika z moich obserwacji.

Tym samym czułbym się źle, gdybym winą za to, co się dzieje miał obarczyć mój Kościół. Czuję się winny osobiście, bo za każdym razem, kiedy moje życie nie było czytelnym znakiem chrześcijańskiej miłości do Boga i ludzi, mogłem zasiać w kimś zwątpienie i niepewność. Co mogę zaproponować od siebie tym, którzy rozważają apostazję? By zechcieli się zatrzymać i spojrzeć na dobro, które bez wątpienia dzieje się w Kościele. Nawet pomimo grzechu i przyzwalania na grzech. Tylko tyle i aż tyle.

Kogo chcą oszukać?

Nie da się ukryć, że akcja formalnych i nieformalnych odejść z Kościoła jest ostatnio szeroko promowana w sieci. Spektakularny wymiar nadają jej sugestie apostatycznych zamiarów popularnych osób, które jeszcze do niedawna były kojarzone jako chrześcijańscy influencerzy. Łagodnie mówiąc, to czysta groteska, gdy ludzie kiedyś uchodzący za autorytety w kwestiach przeżywania wiary dzisiaj nawołują do rozstania się z jej przedmiotem (tak, bo przecież w Credo wyznajemy wiarę w Kościół). Wydawało mi się, że ludzie będący zaznajomieni z prawdami wiary, dla których teologia nie jest nauką obcą, nie są w stanie wpaść na pomysł, by „wierzyć w Boga, ale nie wierzyć w Kościół”. A jednak. Zastanawia mnie: czy naprawdę świadomie ignorują fakt, że Jezusa poza Kościołem nie można odkryć w pełni? Poza Kościołem ten wszechmocny Bóg pozostanie najwyżej mądrym filozofem, męczennikiem swoich czasów, może autorytetem. Jego zbawcze dzieło realizuje się w Instytucji, którą sam założył, z własnej, boskiej woli. To w Kościele Jezus uświęca i dokonuje cudu swojej realnej obecności – codziennie, od prawie dwóch tysięcy lat. Kogo chcą zatem czcić ci, którzy zapewniają, że porzucają Kościół, ale nie Boga? Wciąż nie udaje mi się odpowiedzieć na to pytanie, choć bardzo się staram.

Pokład jest bezpieczny

Ciekawi mnie alegoria Kościoła jako słynnego Titanica, choć to nie ja jestem jej autorem. Pisał o niej dobre kilkanaście lat temu o. Michał Paluch, dominikanin – wtedy w nieco innym kontekście. Dzisiaj wielu powie, że współczesny Kościół (przynajmniej ten nasz, lokalny) zdaje się przypominać Titanica. Zderzyliśmy się z górą skandali, zgorszeń i niewierności, która rozbiła poszycie. Nabraliśmy wody, tracimy poczucie stabilności. Podczas gdy jedni bawią się dalej z pokładową orkiestrą, drudzy próbują łatać wstydliwe dziury. Nawet jeśli to trafna diagnoza, to trudno mi jeszcze być jej entuzjastą. Nie mógłbym pogodzić się z wizją Kościoła tonącego. Niemniej, najtrudniej jest mi zrozumieć tych, którzy na kryzys reagują hasłem „odchodzę”. Widzą, że jest źle, poganiają mechaników, a jednak sami decydują się zniknąć – i to w karkołomny sposób. Nie obchodzą ich szalupy, nie słuchają rozsądnych głosów doświadczonych pasażerów. W parafialnych kancelariach podpisują świstek papieru i ostentacyjnie zrzucają kamizelki ratunkowe. Jeśli Kościół jest Titanikiem, to apostaci są tymi pasażerami, którzy bez opamiętania skaczą do głębokiej, lodowatej wody. Mam nadzieję, że zanim nabiorą jej w płuca, zdążą chwycić rękę, którą podaje im wspólnota. Oby tylko chcieli zrozumieć, że naprawdę nie uratują się poza pokładem.

Powracam w myślach do tego, jak zawsze wyobrażałem sobie Kościół – zwartą skałę, której żadna burza nie jest straszna. Wiem, że to prawdziwy obraz. Kościół to mój dom, to dom, w którym każdy z nas jest bezpieczny. Uratujemy go wspólnie, kiedy to zrozumiemy. Wierzę Jezusowi, który powiedział, że piekło nigdy Kościoła nie zniszczy. Chciałbym by ci, którzy uważają, że w Kościele dzieje się krzywda zrozumieli, że prawdziwa krzywda czeka ich jedynie poza nim.

Sebastian Zbierański
/misyjne.pl/

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »