Press "Enter" to skip to content

Burza- słowo ks. Marka Żejmy na niedzielę 20 czerwca 2021

Ileż to w naszym życiu burz się zdarza? Począwszy od tych gwałtownych, ale krótkotrwałych, wybuchających znienacka z gromami ciskanymi przez zagniewanego Zeusa obficie, ale równie szybko cichnącymi pięknym przebudzeniem ciszy i pojednania. Ale bywają i takie, które zaczęły się bardzo dawno temu: nikt nawet nie pamięta kiedy i trwają nieprzerwanie ze swoimi codziennymi groźnymi pomrukami, z wyładowaniami bardzo złej energii kumulowanej pieczołowicie z przeznaczeniem bolesnego ugodzenia kogoś. Z akumulatorami naładowanymi po brzegi nienawiścią która wybucha tak łatwo jak wynalazek Nobla i równie skutecznie niszczy wszystko w promieniu najbliższej rodziny, sąsiedztwa, przyjaciół, znajomych… .

Burze są groźne. Bo burzą. Mają w sobie niszczącą moc. Chronimy się przed nimi. Tu, na lądzie mamy się gdzie ukryć. Zabezpieczamy nasze domy. Niektórzy stawiali w oknach – w dawniejszych czasach –zapalone gromnice.  Wszystko po to aby nie dosięgła nas burza swoimi żądłami. Ale na morzu nie ma się gdzie schować. Na morzu niszczycielskiej mocy burz nie sposób ujść. Na morzu burza jest faworytem. Wiedziano o tym od dawna:

Ci, którzy statkami ruszyli na morze,
by handlować na wodach ogromnych
widzieli dzieła Pana
i Jego cuda wśród głębin.
Rzekł i zerwał się wicher
burzliwe piętrząc fale
Wznosili się pod niebo, zapadali w otchłań
ich dusza truchlała w nieszczęściu.

Dlatego tam właśnie, na morzu, bezbronny wobec żywiołu człowiek, w małej łupince łodzi szukał pomocy u Boga:

Wołali w niedoli do Pana,
a On ich uwolnił od trwogi.
Zamienił burzę na powiew łagodny,
umilkły morskie fale.
Jedynym ratunkiem dla tych ludzi był Bóg. Tylko On mógł ich wybawić od śmierci:
Radowali się w ciszy, która nastała,
przywiódł ich do upragnionej przystani.
Niechaj dziękują Panu za Jego miłosierdzie,
za Jego cuda wobec synów ludzkich.

W takiej właśnie sytuacji znaleźli się uczniowie, którzy z Jezusem przeprawiali się łodzią przez Jezioro Genezaret (21 km x 13 km, 166 km2). Podczas podróży zaskoczyła ich burza. Jezus był jakby nieobecny – spał na rufie łodzi. Uczniowie w takim położeniu zaczęli się bać i w efekcie wybuchła panika. Sytuacja była naprawdę groźna: Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała. Pasażerom łodzi zajrzała w oczy śmierć. I dopiero teraz, gdy wyczerpali wszystkie możliwości ratunku i wszystkie niestety ich zawiodły – dostrzegli Jezusa. Obudzili go z pretensjami: – Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? Spokojnie sobie śpisz? A Jezus jednym gestem wygładził powierzchnię morza i uciszył hulający wiatr. (Złamałem jego wielkość mym prawem, wprawiłem wrzeciądze i bramę. I rzekłem: Aż dotąd, nie dalej! Tu zapora dla twoich nadętych fal.). I zapytał: Dlaczego jesteście tak bojaźliwi? Dlaczego brak wam wiary?

Tak chyba dzieje się nieraz w naszym życiu. Jezus śpi, bo Go nie potrzebujemy na co dzień. Budzimy go do doraźnych akcji lub z okazji. W niebezpieczeństwie (w czasie burzy). Albo podczas uroczystości rodzinnych. A potem wyznaczamy Mu miejsce na rufie naszej życiowej łodzi. Niech śpi. Na wszelki wypadek. A nuż dmuchnie siódemką w skali Beauforta? I będzie znów potrzebny do uciszenia żywiołu? Kto wie?

Ks. dr Marek Żejmo

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »