Press "Enter" to skip to content

Tylko nie bądź mamą!

Po wielkiej kampanii proaborcyjnej przyszła pora na kampanię antyrodzicielską. Dlaczego niektórym środowiskom tak bardzo zależy, by zohydzić kobietom macierzyństwo?

Jedną z ostatnich wielkich sensacji, którą ogłosiły nam media, są badania, z których ma wynikać, że aż 13 proc. rodziców w Polsce żałuje, że ma dzieci! I że to blisko dwa razy więcej niż w Niemczech, gdzie również podobne sensacje jakiś czas temu ogłoszono.

„Badanie dr. Konrada Piotrowskiego rzuca światło nie tylko na mocne tabu, lecz także jest jedną z pierwszych prac uwzględniających kontekst psychologiczny tego szokującego zjawiska – obalającego mit zawsze szczęśliwego rodzicielstwa” – czytamy w „Gazecie Wyborczej”.

Widać, że redakcję „Gazety Wyborczej”, a zwłaszcza jej kobiecego dodatku „Wysokich Obcasów”, bardzo ów „mit” szczęśliwego rodzicielstwa uwiera. W ostatnim czasie mamy bowiem wysyp tekstów (całkiem nowych lub dawniejszych, a teraz nagle wygrzebanych z szuflad), które jeśli nie zachwalają aborcji (słynne „Aborcja jest OK”), to dowodzą, że posiadanie dzieci źle wpływa na klimat, albo pokazują kobiety, które żałują, że mają dzieci, albo opisują te, które dzieci mieć nie chcą, bo uważają, że bezdzietność jest fajniejsza. I tak w kółko. Trudno nie odnieść wrażenia, że to nie przypadek, lecz całkiem przemyślana kampania, mająca obrzydzić kobietom macierzyństwo.

Cienie bez blasków

Na początek warto zaznaczyć, że nie ma nic złego w tekstach pokazujących cienie rodzicielstwa i odkłamujących cukierkowatą, lansowaną przez większość celebrytek na Instagramie wizję pełnych energii i zawsze zadowolonych fit mam z uśmiechniętymi bobasami. Problem zaczyna się wówczas, gdy pokazując cienie rodzicielstwa, pomija się całkiem lub zbywa jednym zdaniem wszystkie jego blaski, których jest po prostu więcej. O czym wie każda matka, a o czym zdają się nie wiedzieć albo udają, że nie wiedzą, panie z „Wysokich Obcasów”.

Jeszcze zanim pojawiły się przytoczone na początku badania o tym, jak bardzo polskie kobiety żałują, że są matkami, w „Wysokich Obcasach” pojawił się inny tekst o zbliżonej tematyce pod znamiennym tytułem „»Tak. Żałuję bycia mamą«. Kobiet, które żałują macierzyństwa, jest więcej, niż sądzimy”. Autorka na podstawie swoich doświadczeń, kiedy pozostawała przez trzy miesiące non stop (bo mąż był na wyjeździe) z siedmioletnim synem, pisze, że miała momenty, iż „wolałaby być gdzie indziej i z kim innym, na pewno nie z moim dzieckiem w domu”. I w związku z tym „kryzysem” (sama użyła cudzysłowu) zaczęła się zastanawiać, czy nie żałuje bycia mamą, i krygując się jednak przed odpowiedzią wprost, przeszła płynnie do wniosku, że „w naszym kraju niezadowolenie z macierzyństwa to największe tabu”. Powołała się także na badania socjolog Orny Donath, która swego czasu zadała pytanie Niemkom, czy żałują macierzyństwa, i okazało się, że tak, więc na tej podstawie napisała książkę „Żałując macierzyństwa” (wyszła też po polsku). Autorka tekstu konkluduje, że generalnie o żałowaniu macierzyństwa należy mówić.

Toteż w „Wysokich Obcasach” mówią, a raczej piszą z zacięciem godnym lepszej sprawy. I nie tylko tam, bo temat ten coraz częściej zaczyna się także pojawiać na rozmaitych portalach kobiecych czy parentingowych. Krok po kroku neutralizuje się poglądy, które jeszcze niedawno większość społeczeństwa, a zwłaszcza kobiet, odruchowo odrzucała – że można żałować urodzenia własnych dzieci albo z góry zakładać, że nie chce się ich mieć ze względu na własną wygodę i egoizm. Dzisiaj takie opinie traktowane są już nie jako kuriozalne, lecz godne pochwały. W świecie, w którym najwyższą wartością staje się komfort życia i szczęście rozumiane jako materialne zaspokojenie potrzeb, dzieci są przeszkodą, bo zabierają czas, energię i fundusze, blokując perspektywy.

Nie jest przypadkiem, że środowiska najgłośniej lobbujące za wolnym dostępem do aborcji, tłumaczące kobietom, że to ich święte prawo, równolegle angażują się z podobną siłą w zohydzanie kobietom macierzyństwa jako takiego i promowanie życia w wersji bezdzietnej jako modelu atrakcyjniejszego od tradycyjnego z mężem, dziećmi i rodziną. Celem są tu młode dziewczyny, które mamami dopiero mogą zostać. To do nich kierowane są teksty o tym, jak macierzyństwo jest frustrujące i jak o wiele atrakcyjniejsze jest nieposiadanie dzieci.

Dzieci to „nieszczęście”

„Posiadanie dzieci nie czyni ludzi szczęśliwymi” – czytamy na portalu parenting.pl (sic!). To tekst o badaniach nad szczęściem, które miały wykazać, że posiadanie dzieci nie uszczęśliwia ludzi. W innym tekście na tym samym portalu czytamy zaś, że „posiadanie dziecka jest postrzegane przez społeczeństwo jako obowiązek, który należy spełnić, inaczej działa się wbrew naturze”. I dalej: „Niestety często przy tym zapomina się, że każdy człowiek jest inny i ma inne priorytety. Dla jednych będą one dotyczyły dzieci, dla innych priorytetem będzie kariera czy podróżowanie. I nie ma w tym nic złego, ponieważ spełnienie życiowe można osiągnąć w różny sposób”.

Na początku lipca także w „Wysokich Obcasach” mogliśmy przeczytać reportaż o bezdzietnych z wyboru. Już sam tytuł w odpowiedni sposób ustawiał tekst: „Czasem słyszą »Jak nie ma się dzieci, to po co w ogóle żyć?«. A bezdzietni z wyboru nie czują pustki”. Swoją drogą sam fakt, że trzeba o tym zapewniać, pokazuje, że coś w tym wspaniałym obrazku bezdzietności jednak nie do końca gra. Jedna z bohaterek tekstu tłumaczy, że nie chce dzieci, bo „należy do osób straumatyzowanych zmianami klimatycznymi”. – Wody będzie coraz mniej, jedzenie zdrożeje. A kiedyś się skończy – tłumaczy dziewczyna. I dorzuca jeszcze, że boi się ciąży i porodu, a poza tym, co sama podkreśla, jest „dosyć egoistyczną osobą, nastawioną na siebie”. Poza tym, jeśli kiedyś zmieni zdanie i najdzie ją chęć na dziecko, to po prostu je sobie adoptuje. Proste, prawda? Kolejni bohaterowie, para, też tłumaczą, że „chcą podróżować, realizować swoje pasje i dobrze się bawić, a nie inwestować w rozwój innego człowieka i poświęcać mu czas”. O tym, co będzie za 10 lat, nie myślą, ale podkreślają, że zdania co do dzieci nie zmienią. Dziewczyna tłumaczy, że „nie czuje się komfortowo w towarzystwie małych dzieci”.

Inny argument za nieposiadaniem dzieci to kariera. „Albo dziecko, albo kariera. Wraz z narodzinami dziecka pojawia się mamuśka” – w tekście pod tym tytułem czytamy, że generalnie przed urodzeniem dziecka wiele kobiet uważa, że „posiadanie dzieci w XXI w. nie jest przeszkodą dla kariery zawodowej”, ale – uwaga, uwaga! – „gdy jednak zostają matkami, radykalnie zmieniają swoje nastawienie”. Tego typu przykłady artykułów, reportaży, wywiadów, przedruków, recenzji książek można mnożyć i mnożyć, bo w archiwum „Wysokich Obcasów” jest tego pełno. O wiele więcej niż tekstów poświęconych temu, jak uczynić swoje macierzyństwo lepszym i szczęśliwszym, a nie bronić się przed nim jak przed czymś najgorszym na świecie.

Pozorny tłum

Osobna kategoria, w której wyspecjalizowały się „Wysokie Obcasy”, to listy do redakcji, w których oburzone czytelniczki piszą, jak to nie zgadzają się na to, by oceniać ich decyzje na temat rodzicielstwa i podejścia do życia. Chodzi o stworzenie wrażenia, że kobiet o podobnym poglądzie na macierzyństwo jest więcej, tylko dotąd bały się o tym mówić. A teraz mogą napisać do „Wysokich Obcasów” i dać upust albo swojej macierzyńskiej frustracji, albo swoim deklaracjom o bezdzietności. Dla większej wiarygodności pojawił się nawet list w obronie macierzyństwa. Głównym argumentem było tam to, by pamiątki rodzinne nie walały się po śmietnikach i by po śmierci nie trzeba było szukać denata po zapachu, bo tak kończą ludzie samotni. Wiadomo, że sprowadzenie macierzyństwa do takich motywacji to woda na młyn dla tych, którym do macierzyństwa nie spieszno, więc można sobie wyobrazić, co się działo w odpowiedziach na ten list.

„Każdego dnia walczę ze sobą, by moje dziecko nie odczuło, że żałuję, że je urodziłam” – to także fragment jednego z listów do redakcji „Wyborczej”. I dalej: „Tęsknię za swoim poprzednim życiem, za wolnością, za brakiem ciągłego lęku o człowieka całkowicie ode mnie zależnego. Tęsknię za możliwościami, które miałam przed sobą, za dbaniem o swój intelekt i ciało. Patrzę na moje dziecko, tęsknię i żałuję, że je urodziłam”. Inny list: „Kobieta w Polsce jest warta tyle, ile dzieci zdołała urodzić. Czy mamy prawo żyć nie dla dziecka, ale dla siebie?” – pyta oburzona czytelniczka. Jej oburzenie wywołał film dokumentalny, który oglądała i w którym lekarz powiedział do kamery, że podjął się trudnej operacji, bo pacjentka ma małe dzieci i ma dla kogo żyć. „Ach tak, czyli gdyby nie miała, to niech zdycha” – wnioskuje czytelniczka „Wysokich Obcasów”.

W jednym z analizowanych tu tekstów poświęconych życiu bez dzieci jest fragment mówiący o tym, że wśród kobiet urodzonych w 1960 r. tylko ok. 7 proc. nigdy nie urodziło dziecka, ale już wśród tych urodzonych 15 lat później będzie to 20 proc. I że to więcej niż w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. „Wyborcza”, pisząc o przyczynach takiego stanu rzeczy, cytuje między innymi badania socjologów z UKSW w Warszawie, z których to badań wynika, że najmniejszą potrzebę zostania rodzicami mają osoby, które koncentrują się na negatywnych aspektach rodzicielstwa (czas, energia, finanse), a w przypadku kobiet dodatkowo ważną rolę odgrywa negatywne postrzeganie porodu i opieki nad małym dzieckiem.

Cóż, niektórzy – jak widać – robią wiele, by te negatywne aspekty rodzicielstwa ugruntowywać. Pozostaje trzymać kciuki za mądrość i rozsądek polskich kobiet, dla których – co wciąż wynika ze wszystkich badań – wartości rodzinne są nadal na pierwszym miejscu wśród życiowych priorytetów.

Kamila Baranowska

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »