Press "Enter" to skip to content

„Twój Kościół”

Są rzeczy, których możemy być pewni. Pewni możemy być tego, że gdy spytamy kogoś czy jest samochodem, to ten odpowie “nie, człowiekiem!” po czym zacznie przy tym rżeć jak gdyby właśnie wymyślił i opowiedział najlepszy dowcip na świecie. Pewni możemy być tego, że gdy w jednym zdaniu użyjemy słów „mięso” i „parówki”, to znajdzie się mędrzec eksperckim tonem wykładający tajemną wiedzę na temat składu parówek używając do tego wyrazów takich jak „paznokcie”, „chrząstki” czy „ścięgna” (jeśli obracacie się w złym towarzystwie to usłyszycie dodatkowo o „psie zmielonym z budą”). Pewni możemy być tego, że gdy pojawi się temat sosów do kebaba, to prędzej czy później ktoś wypali – bawiąc się przy tym setnie – formułę „o ostrym kebsie, piekącym dwa razy”. Pamiętajcie: tym ludziom nie trzeba odpowiadać na „dzień dobry”, ani przytrzymywać drzwi do windy.

Dlaczego o tym piszę? Otóż tak jak powyższych, pewni możemy być również tego, że gdy Kościół chwilowo na skutek czyjegoś wygłupu/wybryku/przestępstwa/idiotyzmu straci kilka punktów popularności, to znajdą się Troskliwe Misie Tulisie bijące się w piersi. Oczywiście nigdy własne. Choćby nie wiem co się działo, świat płonął, a psy w brydża grały: oni są bez zarzutu, jasne?

No i tak też jest tym razem. Przedstawiciele „Kościoła otwartego” nagle zaczęli pisać o tym, że Lud Boży ich uwiera jak nieodcięta z gaci metka; że nie widzą już dla siebie miejsca w Kościele, nie pasują do Niego – tego przaśnego tworu będącego instytucją opresyjną, niemiłosierną, zaangażowaną politycznie i w gruncie rzeczy nieewangeliczną. „Kościół nie spełnia swej roli i jest nieskuteczny, obraża ludzi, nie pozwala kochać, jest nieatrakcyjny, osądza i bla bla bla”. A jak ktoś nam nie wierzy, to niech se Józka z gór poczyta albo posłucha jakiegoś franciszkanina z USA, który na YouTubie wszystko wyłoży jak jest. Wszystko to oczywiście poprzedzone sztucznym krygowaniem w stylu „być może się narażę…” – nie, spoko, nie narazisz się: masz zamiar wypuścić serię populizmów, a te są w cenie i być może nawet na moment zostaniesz wielkim zatroskanym o los Kościoła i pokwilicie sobie z Dorotą Wellman na jednej kanapie.

W każdym razie: gdy tak radzili do późna, troskliwi do bólu i czoła swe marszczyli frasobliwie, to parę rzeczy im się nie dopięło, kilka umknęło, kilka nie dopowiedziało, a jeszcze kilka zmyśliło. Takie to uroki instagramowego katolicyzmu – ma po prostu żreć, bo w końcu o skuteczność chodzi, nie?

Nie. O prawdę, która dziś jak mało kiedy jest po prostu niepopularna. Za to taka, że Kościół to nie Greenpeace do spóły z WOŚP-em i Open Society Foundations. Tu nie chodzi o to, żeby do nieba nie dostawał się freon czy dwutlenek węgla, tylko o to żeby taki dostęp ułatwić ludziom. Nie chodzi o to, żeby się do każdego uśmiechać, tylko o to, żeby ci ludzie mieli powody do radości, gdy już nad ich trumną odśpiewają „Serdeczna Matko”. Nie chodzi o to, żeby każdego głaskać po głowie, tylko umieć i wiedzieć kiedy można strzelić go w ucho, gdy głowę traci dla jakiejś pierdoły tracąc z perspektywy życie wieczne. A wszystko to po to, aby Panu Bogu oddać chwałę, bo takie właśnie są podstawowe, fundamentalne i priorytetowe zadania Kościoła: oddać chwałę Bogu, a człowieka doprowadzić do nieba.

To, że Troskliwe Misie nie do końca ten klimat wyłapały widać po tym, że słowo „Jezus” pojawia się po dosłownie jednym razie na artykuł (w tym raz w ośmieszającym kontekście), a słowa „sakramenty” w ogóle nie uraczymy.

Dlatego rzeczywiście odnalezienie sensu Kościoła w Kościele może być dla nich trudne, bo najzwyczajniej nie wiedzą czego szukają. Nie znajdą Prawdy, Miłości i Piękna; bogactwa sakramentów i siły pokuty, jeśli nie będą ich szukać. Bo poszukiwania – owszem – są dobre, szlachetne i na pewno Bogu miłe pod warunkiem, że są właśnie poszukiwaniami, a nie zakamuflowanymi próbami wszczęcia bieda-rewolucji, reformami według własnego widzi-tuli-misie. A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że to właśnie o to chodzi: o dopasowanie Kościoła do siebie, a nie siebie do Kościoła; o ulepienie Pana Jezusa na swój własny obraz i podobieństwo. Bo ileż to było w tym wszystkim „mój Kościół” i „w moim Kościele”. A jeśli wydaje ci się, że to „Twój Kościół” i w „Twoim Kościele”, to koniec końców możesz się srogo zawieść.

W to wierzyć zawsze mocno chcę, bo tego Kościół uczy mnie, w nim żyć, umierać pragnę.

Mateusz Ochman

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »