Press "Enter" to skip to content

Moja PIĄTA STACJA

W to, że Jezus był Bogiem, to łatwo wierzyć. Cuda. Przedobroć. Przemądrość. Ale ja potrzebuję wierzyć, że był człowiekiem. Takim jak ja. Słabym. Że dał mi przykład żywy, a nie teoretyczny, dydaktyczny, pouczający. Taki do wykorzystania w moim życiu. Życiu słabeusza. Że ja, słabiak najlichszy jestem adresatem Jego ofiary. Że wszystko co robił jest dostępną dla mnie ścieżką. On i ja. Że z grubsza to samo DNA. Inaczej nie mam co sięgać. Boskie może mnie wspierać. Ale tylko ludzkie może być mną.
Że na przykład, taka ja też bym mogła przejść taką Drogę Krzyżową. Taką napchaną, upokorzeniem, niesprawiedliwością, bólem, samotnością, zmęczeniem, okradzeniem, umęczeniem, wykpieniem, niszczeniem, piekłem, bezprawiem, głodem, pragnieniem, odarciem ze wszystkiego, bez bronienia się, bez złorzeczenia, przeklinania, dociekania sprawiedliwości, proszenia o ulgę, z pokorą, pogodzeniem się, przyjęciem tego co jest. Przecież nawet w najbezczelniejszej myśli nie próbowałabym postawić siebie nie tylko na starcie tej drogi, ale nawet tam, przed Piłatem.
Ale jest coś co mnie ośmiela. Co pokazuje mi, że Jezus był jak ja, czyli, że ja mogłabym też spróbować poszarpać się z krzyżem.
Piąta stacja. Ta, w której Jezus upada. I koniec. Nie zrobi już ani kroku dalej z tym krzyżem o własnych siłach. Nie podniesie się. Wtedy, kiedy nie ma w Nim niczego ponad człowieczego. Jest człowiekiem i to najsłabszym z tłumu. Kiedy On nie może już nic.
Tyle. Wtedy, To.
Ja upadam tak na wykończonych oparach paliwa często. Tego stanu, że już dalej nie mam siły – doświadczyłam kilka razy. I to jest stan, którego boję się najbardziej. Mur. Nie da się. Koniec.
Piąta stacja. Nie dźwigam krzyża.
I wtedy temu słabemu, bezbronnemu człowiekowi, Jezusowi – Bóg posyła drugiego człowieka. Szymona. I on pomaga Jezusowi nieść krzyż.
Jezus z tej piątej stacji jest mi najbliższy… Jest jak ja.
Ośmiela mnie to do otworzenia oczu, podniesienia głowy i odwrócenia jej w kierunku drogi, na którą nawet nie chciałam patrzeć. Ale teraz już dopuszczam myśl, że ta najtrudniejsza droga nie jest nie dla mnie. Ta myśl nie jest zaproszeniem na najtrudniejszy szlak. Ale jest najklarowniejszym zapewnieniem Boga, że tam, gdzie kończą się definitywnie moje siły, gdzie ja przestaję być panem mojego życia, gdzie już nic nie jest w mojej mocy i jedyne co mi zostało to kilka agonalnych oddechów w błocie i kurzu – jest On – Bóg prawdziwy z nie wyczerpalnym złożem wszechmocy. Żebym się nie bała sięgać po przykład Jezusa. Bo On był jak ja. Słaby ciałem. Ale mocny wszech otulającą miłością Boga.
Taką, która człowiekowi daje ducha pokonującego wszystkie strachy, grzechy, słabości, każdy ból. Ducha dającego to najtrudniejsze – przebaczenie winowajcom.
Tak, piata stacja sprawia, że wierzę Jezusowi. Że rozumiem. Już nie przeraża mnie moja słabość. Choć wokół straszy ponury, obcy las.
Las krzyży.

To jest radosny tekst. To jest tekst zaufania.

Barbara Konarska

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »