Press "Enter" to skip to content

Powołanie Mateusza

W życiu nie ma przypadków. Nikt z nas nie jest przypadkiem w Bożych oczach. Od początku jesteśmy, jeszcze przed wiekami upragnieni, oczekiwani, powołani do życia z Miłości i przez Miłość. Potem, z biegiem lat, różnie to wszystko może się układać, chodzimy różnymi drogami. Bywa też tak, że bawimy się w kolekcjonerów różnych trofeów, otaczamy się fasadą „posiadania” – w tym upatrujemy źródło naszego bezpieczeństwa. I zapominamy o prawdziwym Źródle. Zatrzymujemy nasze spojrzenie wyłącznie na doczesności, jakby nic innego nie było ważne – tylko to kim tu i teraz jesteśmy, ile mamy, kto z nami się liczy etc. I zdarza się wówczas, że ludzie przychodzą do nas i utrzymują z nami kontakty, bo muszą – jeśli do nas nie podejdą, nie będą mogli iść dalej – ale gdyby tylko mogli to najchętniej by nas ominęli. Łudzimy się tymi znajomościami i być może nawet dobrze nam z tą „ślepotą” wobec prawdy. Zapewne nikt wśród osób, które tamtego – jak i każdego innego dnia – spoglądały na Mateusza nie czynił tego bezinteresownie; nie dostrzegał w nim piękna jego człowieczeństwa – nawet jeżeli to piękno było zagubione.Wszystko odbywało się na płaszczyźnie konieczności interesu, dokonania transakcji – mniej lub bardziej uczciwej. I siedziałby ten biedny celnik zamknięty w swojej komorze, gdyby nie ułamek sekundy, który odmienił wszystko. A miał tę moc odmienienia, bo było to spojrzenie najczystszej, bezinteresownej miłości. Jezus „akurat” przechodził obok tej komory celnej. Miłość zawsze przechodzi obok nas. By jednak dostrzec Jezusowe spojrzenie potrzebny był jeszcze drugi ułamek sekundy – ten, w którym to Mateusz oderwał swój wzrok od doczesności, od swoich kalkulacji. Dać się porwać Miłości. Św. brat Albert z dramatu Karola Wojtyły usłyszał zachętę, wskazówkę – „daj się kształtować Miłości” – i rozpoczęła się jego wielka wędrówka – od pędzla i płótna materialnego, po odkrywanie Jezusowego Oblicza w bliźnim. Tylko Miłość mogła ukształtować w nim tę wrażliwość. Ona całe życie czekała na ten ułamek jego przyzwolenia, by już nie stawiał jej oporu.

Mateusz rzuca wszystko. Jego powstanie i wyjście jest niezrozumiałe dla otoczenia, ale on już nie widzi tych szyderczych spojrzeń – widzi Jezusa. Dla mnie jest to wielkie upomnienie, by nie zatrzymywać się na tym, co ludzkie, by wyjść z komory zamknięcia w doczesności (ale uwaga, nie głosimy starochrześcijańskiej herezji, która głosiła pogardę dla doczesności i tego, co cielesne – chodzi tu raczej o wolność od tego, co przyziemne, materialne, o właściwą hierarchię wartości, pamięci o celu ostatecznym naszego życia; doczesność, od której nie jesteśmy oderwani – żyjemy w ciele i w czasie – jest darem Boga i zadaniem, mamy dbać o swoją społeczność zgodnie z nakazem Stwórcy jak i ewangelicznym wezwaniem, by być solą ziemi i światłem świata), by już nie pokładać nadziei, nie upatrywać źródła siły jedynie w ludzkich możliwościach, koneksjach, zdolnościach. Zapatrzeć się w Jezusa; w Jego oczy i już nigdy nie stracić tego spojrzenia. W relacji z Mateuszem Jezus spojrzał raz. Raz także wezwał go: „Pójdź za mną”. Raz. Ale to „raz” staje się wezwaniem wieczności, na wieczność, do której zmierzamy poprzez każdy kolejny poranek naszego życia. Kiedy o świecie wstajemy – z Bożej Łaski – Jezus na nowo nas wzywa. On nie będzie tego nieustannie przypominał w jakiś spektakularny sposób (swoją drogą, zobaczmy jak „zwyczajne” było powołanie Mateusza – w czasie jego pracy, w jego środowisku, mocą jednego spojrzenia i zdania, bez nadzwyczajności), ale dar nowego dnia ma nam o tym przypomnieć. Codzienne odnawianie wyboru Chrystusa. Ale nie tylko wraz z pobudką. Jezus powołuje nas na nowo w różnych sytuacjach naszego życia, kiedy jesteśmy konfrontowani z rozmaitymi sytuacjami, stoimy przed podjęciem jakiejś decyzji, kiedy musimy się opowiedzieć po jakiejś stronie, dokonać konkretnego czynu. Czy wtedy pamiętamy o tym, że należymy do Chrystusa i czy idziemy także wtedy za nim? Bóg nasz nie jest tylko Bogiem myślnej czy ustnej modlitwy, ale nade wszystko jest Bogiem czynu i oczekuje nas w konkrecie.

Pan rzekł: „Pójdź za Mną”, ale z tego ewangelicznego opisu możemy wywnioskować, że Mateusz, przyłączywszy się do Jezusa poprowadził Go do swojego domu, gdzie razem spożyli posiłek. Więc to nie Mateusz wchodzi do tego, co Jezusowe, ale odwrotnie. Podobnie w naszym życiu są różne etapy. Odpowiedziawszy pozytywnie na Pańskie zaproszenie (w różnych aspektach) pozwalamy by najpierw Jezus wszedł „do nas”, do naszego serca, do naszych myśli, pragnień, do naszej codzienności – by to wszystko swoją obecnością przemieniać, poukładać, porobić trochę porządku, by nadać właściwy sens. W ten sposób uczymy się być razem ze sobą, powoli przekształca się także nasze myślenie – to tak jakby mieszkać pod jednym dachem z Nauczycielem. A później, stopniowo (nic od razu), Jezus będzie nas wyprowadzał z tego, co nasze, wprowadzając w to, co Jego. To już wyższe etapy – będzie nas zabierał na Tabor, będzie dopuszczał do coraz głębszego zjednoczenia z sobą, poprowadzi także – oczywiście – do „Sali na Górze” (przemiana chleba w Jego Ciało, komunia), na Górę Oliwną i Golgotę. To „pójdź za Mną”, powołanie, nie jest więc czymś statycznym, a już tym bardziej nie jest czynnością raz dokonaną i zakończoną. To jest rzeczywistość bardzo żywa, dynamiczna, nigdy nie ukończona – ciągły proces. Pozwolić przejąć Jezusowi najpierw to, co nasze – dopuścić Go do tego, by i On nas porwał do swego.

Ale wraz z Jezusem ( i uczniami Jego – przyjmując Pana, przyjmujemy także Kościół Święty – z jego nauczaniem, tradycją, ale także z najsłabszym i najbardziej ułomnym członkiem tego Ciała; jak mawiali Ojcowie Kościoła – nie można przyjąć tylko Oblubieńca, a wzgardzić Jego Małżonką) do domu Mateusza przybyli także inni „celnicy”. Jesteśmy świadkami i naszym powołaniem mamy obowiązek przyciągać innych do Chrystusa. I to nawet nie słowem, ale o wiele bardziej postawą, czynem. „Skoro on może żyć w takiej przyjaźni z Panem, to dlaczego i ja nie mogę?” Wszyscy mogą i powinni. A ludzie nas obserwują i to bardziej niż zdajemy sobie z tego sprawę. Mateusz nie zamknął drzwi przed swoimi ziomkami – tak jak nie czynił tego przed powołaniem (Boże wezwanie jako plan wybawienia dla mnie). Z jednej więc strony „odcinamy się” od świata, ale z drugiej – ciągle jesteśmy dla niego („z ludu wzięty i dla ludu ustanowiony, do ludu posłany”), a nasze doświadczenie miłości Boga, otrzymany darmo i niezasłużenie dar nawrócenia, powołania, nie może być dla nas powodem pychy czy zmienić nas w osoby wywyższające się z tego powodu. Potrzeba ogromnej pokory, bo skąd mamy pewność, że za sekundę nie upadniemy gorzej niż największy grzesznik? Wszyscy jesteśmy równymi sobie braćmi, potomkami grzechu adamowego. Stąd także rodzi się poczucie współczucia dla tych, którzy pozostają jeszcze „na zewnątrz” nie poznawszy Jezusa, nie odrzuciwszy grzesznego życia, dla tych, którzy pogubili się w swojej przynależności do Kościoła.

Ale wśród gronie biesiadników znaleźli się także podstępni faryzeusze śledzący Jezusa i Jego uczniów. I jak w każdej takiej podobnej scenie, kiedy ich litera wypaczonego przez nich Prawa zostaje skonfrontowana z Bożym Miłosierdziem, dochodzi do ostrej dyskusji niezrozumienia i wyrzutów. Jak bardzo ich wypowiedź musiała zaboleć Mateusza i współbiesiadników. Nikomu nie można zabraniać Bożej Miłości! A nawet dla tych oskarżycieli były drzwi otwarte. Jakże bardzo cierpiące i „zamrożone” musi być serce, które widząc ogrom Bożej Dobroci i triumfy Jego Łaski pozostaje nadal zatwardziałe, nieczułe i zapatrzone w siebie, w swoje poglądy, potrafiąc krzywdzić innych obierając radość przynależności do Jezusa. Ale Pan nigdy nie pozostawia swoich samych, zaraz staje w ich obronie. Wejście Pana do mojego życia oznacza także uczynienie – bezinteresownie – miejsca w nim dla innych (choć oczywiście serce ma być niepodzielne i panować ma w nim tylko jedyny Król – kochać innych sercem oddanym Bogu). Będą to, ci do których Pan posyła, ale bocznymi drzwiami nieustannie będą także chcieli wedrzeć się do serca i zatruć myśli, zamącić pokój i radość, także owi „faryzeusze” – prześmiewcy, oszczercy, kłamcy i kusiciele. Dlatego trzeba zachować spokój i nieustannie wpatrywać się w Pana – nie dać sobie odwrócić uwagi, oderwać od zapatrzenia w Niego, od zasłuchania w Jego słowo.

W duchowych notatkach św. Jana XXIII, gdy był jeszcze seminarzystą przygotowującym się do różnych stopni święceń, pełnym pokory i jednocześnie świadomym swoich wad, codziennych małych upadków i niedoskonałości, możemy znaleźć ciekawe stwierdzenie zapisane właśnie w kontekście oderwania się od ludzkiej opinii, nie zważania na to, co inni powiedzą, jak ocenią: „pozwolić wróblom, żeby sobie ćwierkały”. Niech mówią, co chcą – Jezus jest Prawdą i tylko w Nim, a nie w ludzkim gadaniu, ba, nawet nie zawsze w mojej własnej krytycznej ocenienie siebie, jest prawda o mnie. Niech więc sobie „ćwierkają”, mnie interesuje tylko Pan. Czy taka jest nasza postawa? Z życia doskonale wiemy jak często takie „ćwierkanie” odrywa nas od Pana, zakłóca naszą z Nim relacje. A przecież to są wróble ( ale także wspomniane w Ewangelii – i dla nich Pan przyszedł na świat w tajemnicy Wcielenia i poniósł śmierć na Krzyżu), a my mamy być orłami szybującymi wysoko. Ale o tym to już tylko my decydujemy. Bo można wybrać Pana i nie doświadczyć żadnej większej przemiany; bo można wybrawszy Pana popaść w faryzeizm i stać się „wróblem” albo tym, który „przyjął klucze Królestwa, sam nie wszedł i jeszcze innym nie pozwolił na to”. Ale można przyjąć Pana i stać się – we współpracą z Łaską – wspaniałym orłem zaufawszy Panu do końca i w Nim znajdując źródło siły do dalekich i wysokich lotów. Ale, aby tak ptak mógł fruwać, musi być wolny, nie może być związany albo zamknięty w klatce. Pan daje wolność, wyswobadza ku wolności i do wolności powołuje. Tymczasem nas może usidlić najmniejsza rzecz, błahostka już jest w stanie nas zatrzymać – doczesność, niepoukładane relacje, emocje, pragnienia, nawet niewielkie kompromisy z grzechem czy ze „światem”. A Bóg dla każdego z nas ma niepowtarzalny plan lotu – najbardziej wyjątkowy, zaplanowany tylko dla mnie. Co wybiorę?

s. M. Teresa Pechman
od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii (OCPA)

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »